Skip to Content

IT nieuczesane.
author

Author: Daro

About the author

Od 1998 w branży, to za mało by zostać bogiem, za dużo by milczeć. Bojownik o normalną informatykę. Były student PJWSTK i wykładowca CNAP. Obecnie aktywnie walczy na froncie dwóch przeciwieństw, które trzeba połączyć: technologii i biznesu. Motto zawodowe: „Da się ogarnąć każdy burdel, ale proszę o podanie danych do faktury”

Przyszłośc sieci

Ciekawy art na temat tego, co google planuje zrobić z siecią. Dużo tekstu jak na computerworld. Warto zajrzeć.
http://www.computerworld.pl/artykuly/374127/Czy.Google.znalazl.metode.na.zdominowanie.globalnego.ruchu.sieciowego.html

Nowi w publicystyce – Dell backup i Office 365.

Jeden z chłopaków (Bartek S.) przygotowywał nam ostatnio krótkie przedstawienie usług, o które wypytywali się klienci. Naprodukował się, jest to poziom podstawowy i przygotowany „dla usera”, ale może komuś sie przyda.

DELL BACKUP

Firma Dell oferuje backup naszych danych na swoich serwerach dzięki usłudze Dell
Backup.
jak to wygląda: otóż przede wszystkim NIE trzeba mieć komputera ich marki by moc
z tego korzystać. wystarczy wejść na stosowna stronę i się zarejestrować. Mamy
kilka oferowanych możliwości zależnych od udostępnionej nam przestrzeni
dyskowej. na początek można wybrać pojemność 2GB za free ale jest haczyk. Każda
ofertę wybiera się na 12 miesięcy a usługa darmowa nie jest przedłużana chyba ze
Dell wyrazi indywidualna zgodę (nie liczyłbym na to). oferowane przestrzenie i
ich ceny są poniżej:

2 GB € 0,00
10 GB € 25,00
30 GB € 35,00
50 GB € 45,00
100 GB € 50,00

Jak wygląda korzystanie z usługi.
w procesie rejestracji podajemy swoje dane i wybieramy interesujący nas rozmiar
(i cenę) przestrzeni dyskowej podajemy preferowana nazwę usera (o ile już taka
nie istnieje) oraz hasło. oczywiście trzeba zgodzić się z warunkami Dell’a które
głównie mówią że nie będziemy trzymać nie legalnych, obraźliwych, nie zgodnych z
prawej materiałów i tym bardziej takich nie będziemy udostępniać. po rejestracji
ściągamy małą aplikacje która instaluje się jako serwis wykonywany
automatycznie. Zarządza ona terminem cyklicznych backup-ów, pozwala na wykonanie
go manualnie bez potrzeby logowania oraz przekierowuje nas na stronkę. mimo ze
zaciągamy aplikacje to i tak cala obsługa naszego konta odbywa się przez www.
stronka jest dość intuicyjna i oferuje kilka bardzo przydatnych opcji takich jak:
– stan zajętego i wolnego miejsca na dysku
– określanie konkretnych plików, folderów oraz typów plików jakie mają się
backupowac i to z rożnych komputerów (możemy backupowac z więcej niż jednej
maszyny)
– harmonogram backupu (co ile np co tydz. w jaki dzień tygodnia, w jakim
przedziale czasu i to jakiej strefy czasowej)
– prędkość backupu (czy ma zapchać całe łącze czy tylko cześć)

przy przywracaniu plików możemy wyznaczyć:
– miejsce gdzie ma być zgrane wszystko lub część plików.
– czy pliki maja wrócić do oryginalnych lokalizacji i czy maja nadpisać już
istniejące i na jakiej zasadzie (czy nadpisać tylko starsze czy jak leci)

nasze dane przechowywane są na serwerze w naszym (lub sąsiadującym) kraju jednak
zastrzega sobie że kopia będzie też na serwerach w USA ale to w trosce o nas.
gdy primary serwer padnie to dane będą przywracane z tych w USA.

https://www.delldatasafe.com/

Office 365

Usługa oferowana przez firmę Microsoft jaka jest office 365 ma być alternatywa dla „lokalnego” pakietu MS office.

Opcja ta zakłada ze zamiast wykupywać licencje na oprogramowanie oraz by ominąć koszty związane z ulokowaniem i utrzymaniem serwerów poczty Exchange w firmie można za abonamentem korzystać z tych samych usług ulokowanych „w chmurze”. Firma płacąc miesięczny abonament za użytkownika i rodzaj wykupionych pakietów może korzystać z większości programów pakietu office poprzez logowanie się przeglądarką internetowa do firmowej domeny offica 365.

Co oferuje nam office 365:

użytkownik logując się na stronę ma dostęp do takich programów:
– Word
– Excel
– Onenote
– power point
– Sharepoint
– Lync (komunikator, coś jak gg z opcjami konferencji video itp bajerami do kontaktu biznesowego w czasie rzeczywistym)
– Outlook.

Wszystkie programy (po za lync) nie wymagają żadnej instalacji na komputerze. Wszystko odbywa się przez przeglądarkę (tworzenie, edytowanie dokumentów) interfejs jest prawie identyczny jak w wersjach lokalnych co ułatwia użytkownikowi nawigacje po nim. Programy te maja opcje współpracy z zainstalowanymi już pakietami na lokalnych stacjach co umożliwia tworzenie dokumentów w chmurze poprzez programy na stacji roboczej.

Co do programów typu Access i Visio to póki co nie ma opcji ich tworzenia na stronie ale jest możliwość doboru licencji pakietu office proffessional (licencja okresowa na takiej samej zasadzie)

Istnieją dwa typy użytkowników: administratorzy i userzy.

Administratorzy (domyślnie pierwszy stworzony użytkownik będzie miał jego prawa) maja naturalnie więcej możliwości. Mogą tworzyć nowych userow, nadawać im prawa do konkretnych pakietów, programów, mogą nadawać uprawnienia admina innym userom, zarządzać licencjami, uprawnieniami do stron, plików i zasobów. Mogą odzyskiwać część danych usuniętych przez usera (user po usunięciu dokumentu ze swojego kosza tak naprawdę przenosi go do kosza ogólnego gdzie wgląd maja admini i mogą go jeszcze przywrócić. Żywotność dokumentu w koszach jest minimum 30 dni).

Serwer pocztowy. Każdy user otrzymuje swój adres mailowy i skrzynkę o pojemności do 25 GB na usera. Interfejs jest zbliżony do outlookowego i zapewnia większość jego funkcji takich jak obsługa kilku rożnych kont email, tworzenie reguł, folderów, automatycznych odpowiedzi itd. Umożliwia też szybka komunikacje i wymianę danych dzięki czemuś w rodzaju chatu.

Bezpieczeństwo danych firmy. Microsoft zapewnia nas ze nasze dane trzymane są na wysokiej klasy atestowanych serwerach, na kilku naraz (backupowe serwery) oraz serwery awaryjne. Czyli w przypadku utraty danych trzeba kontaktować się z obsługą Microsoftu czynną oczywiście 24/7. Na chwile obecna użytkownik nie ma żadnej opcji swojego własnego backupu. Ma to swoje wady i zalety. Zaleta na pewno jest to ze w przypadku awarii firma nie musi sobie zawracać głowy procesem ratowania się gdyż robi to za nas Microsoft. Wadą jest jednak to ze w przypadku np awarii połączenia internetowego nie mamy swojego lokalnego zapasu plików więc zostajemy bez materiałów do pracy (chyba ze użytkownicy będą pamiętać by każdy nowo stworzony czy edytowany plik w chmurze ściągać od razu na dysk bo taka opcja w programach jest).

Najważniejsza kwestia która świadczy w ogóle o racji bytu offica 365 jest oczywiście cena. Na chwile obecna Microsoft prognozuje ofertę dwóch rodzajów pakietów: small business i enterprise.

Small business – przewiduje maksymalnie do 25 licencji ze standardowym pakietem programów. Obecnie Microsoft zapowiada cenę 5,25€ od usera miesięcznie. Czyli wraz z dodawaniem nowych userow płacimy więcej. Do tego pakietu można dokupić sobie office pro poszerzający nieco programy na stronie o bardziej zaawansowane funkcje oraz upoważnia do instalacji offica proffesional na maszynie. Oczywiście można kupić ich mniej niż jest userow i przydzielić je tym którym chcemy.

Enterprise – przewidziana jest dla większych firm o zróżnicowanych potrzebach. Oferuje 4 gotowe pakiety ale też daje możliwość wykupywania określonych ilości każdej usługi osobno i przydzielanie ich w dowolnej konfiguracji swoim userom. W związku z tym cena też nie jest sztywna wiec Microsoft podaje na chwile obecna ze koszt będzie w zakresie od około 2€ do 25€ per user zależnie od rodzaju i ilości pakietów.

Krótkie podsumowanie

Zalety:
– nie trzeba nic instalować na kompach. Wystarczy internet explorer, user dostaje link, nazwę usera, hasło i może od razu pracować.
– oszczędność w skali lat szczególnie w przypadku poczty (kwestie własnego serwera poczty i rzeczy z tym związane to około 30-50 tys na starcie co w zestawieniu z opcja 5 euro na miesiąc za usera może być bardzo atrakcyjne dla malej firmy)
– duże ułatwienie w komunikacji zespołu, wymianę dokumentami, możliwość pracy wszędzie tam gdzie jest internet bez kombinacji typu VPN itp.
– możliwość pracy na większości obecnych urządzeń mobilnych (smart fonach) np. z systemem Windows, Android itp.

Wady:
– niestety zaleta offica 365 jest tez jego dużą wadą. brak internetu = brak offica = brak dokumentów = brak możliwości pracy.
– aplikacje webowe nie obsługują makr. Przy pakiecie office pro webowe appsy obsługują Excel Services ale do makr niezbędna jest wersja stacjonarna offica.
– opłaty za office 365 można dokonać tylko karta kredytowa lub przelewem tyle ze przelew dopiero powyżej 200€.

Linki z oficjalnymi informacjami i możliwością zakupu:

http://www.microsoft.com/pl-pl/office365/online-software.aspx -strona dla małych firm

http://www.microsoft.com/pl-pl/office365/hosted-solutions.aspx -strona dla średnich i dużych przedsiębiorstw.

Kontakt do autora: pisać komcie do mnie to podam :-)

Banki internetowe cd…

Mogę, to się Wam wyrzygam na temat kolejnego banku.
Multibank.
Wzięliśmy go, bo wyglądał sensowniej od Millenium, niestety nie wszystko złoto co się świeci. Interfejs internetowy ma dwa fantastyczne ficzersy:

1. Jeśli nie zautomatyzujesz zleconego przez księgową przelewu w terminie jego wykonania (np podatek 25-go) to przelew automatycznie staje się „przedawniony” czy jakoś tak i NIE MOŻESZ go wykonać ponownie, możesz go skasować i błagać księgową, aby wykonała całą robotę jeszcze raz, dzięki czemu nie spóźnisz się z przelewem dzień, tylko więcej… super.

drugi natomiast to wybitna mega opcja banku internetowego XXI wieku.

2. Księgowa przygotowuje przelewy, jeden, dwa, dwadzieścia. Autoryzujesz te przelewy, fajnie wiedzieć komu płaci się tę kasę. Bank niestety dodaje trochę dreszczyku emocji do Twojego działania i nie umożliwia takiej funkcjonalności, widzisz tylko tytuł przelewu i NIE WIESZ KOMU WYSYŁASZ KASĘ – tak jak to widać poniżej:
banki2
Autoryzujemy zatem w ciemno, jak kwota nie jest za duża, inaczej szukamy w fakturach, albo dzwonimy do księgowej.

Nasza klasa 2

Wybaczcie prozaiczność i przyczepianie się, ale nie mogę sobie tego darować.
Bank się nie wyrabia z obsługą zleceń… mam wrażenie że chomik.pl lepiej sobie radzi ze wzmożonym ruchem (??? wzmożony ruch w banku???, ale to jak jest kolejka do okienka…)… kolejna ofiara sukcesu… za dużo klientów…

Zlecenia

Boxee czyli rewolucja w domowym centrum rozrywki (reklama bezpłatna)

Gdy po raz pierwszy odpaliłem na swoim PC z Win95 plik z filmem w formacie .avi, reklamujący nowoczesną i nieznaną wówczas technologie DirectX, dołączonym do płyty CHIP’a Windows 95 (którą będę pamiętał do końca życia) zrozumiałem, że odkrywam nieznane.
Gdy klika lat później kleiłem do kupy pięć, stu-megabajtowych części jakiegoś softpornosa, przyniesionych na 5 dyskietkach ZIP, o takiej właśnie pojemności, czułem się pionierem nowoczesnych technologii.
Teraz wiem, że nauka nie poszła na marne. Przez długie lata testowałem różnego rodzaju rozwiązania, mające zamienić dom w centrum multimedialne. Zaczynałem od dwudziesto-dziewięco calowego telewizora, podpiętego do karty graficznej, która miała wyjście wideo z przejściówką wielkości szczotki od odkurzacza i z tego powodu kosztowała majątek, przeszedłem przez technologie S/PDIF, transmitującą dźwięk (wtedy jeszcze stereo) za pomocą fal optycznych, dzięki temu mój wzmacniacz grając, nie buczał jak popsuty zasilacz. Odrzuciłem laptopy z wyjściami DVI, aż w końcu dorobiłem się minMaca, który miał być finalnym rozwiązaniem, a był małym wrzodem na dupie – bo działało wszystko, ale nigdy nie tak jak chciałem – Front Row był zajebisty, ale nie wiedział co to mkv i napisy, iTunes zawieszał sie katalogując zbiory mp3, MPlayer nie zawsze znajdował napisy, iPhoto miało w nosie moje zbiory fotografii na dysku sieciowym, a VLC wyświetlał za grube napisy. Picassa dawała rade ze zdjęciami, ale filmy się jej gubiły. Trzy różne aplikacje na androida zawsze inaczej obsługiwały iTunes czy Songbirda. Media center streamowało filmy do mojego Xboxa, ale znów bez napisów. PS3 media serwer, był „prawie” zajebisty, gdyby nie konieczność włączania PC i kaleka obsługa streamingu mkv, z napisami nie wspominając o braku przewijania.
Nagle nadeszło zbawienie. Łukasz, dziękuje, za te pięć prostych liter – BOXEE. Wciąż darmowa, przepiękna i cud – ergonomiczna nakładka na Maca/PC, zamieniająca ten złom w FronRow’a dla ludzi.
Cały ten jebnik fotografii, filmów i mp3 nazbierany przez dziesięć lat jest obsługiwany pilotem z 6 przyciskami – góra, dół, lewo, prawo, enter, cofnij. To jedyna aplikacja która skatalogowała moje filmy, podpięła pod nie okładki i opisy z IMDB, potrafi wyświetlać fotografie i filmy zgromadzone w jednym katalogu, nie zawieszając się zbytnio. Fakt, nie umiem jeszcze kolejkować mp3 i nie potrafię uruchomić streamingu jedynej słusznej muzyki- dogglounge.com, a shoutcast ma jedynie kilka stacji, ale sumarycznie jest to potęga. Wspomnę jeszcze: wyszukiwanie napisów, wizualizacje, katalogowanie, naprawdę śliczny interfejs, mój ulubiony sajt z trailerami gierek i kilkadziesiąt podczepianych aplikacji-pluginów z YouTube na czele, które mówią jedno: TV i Radio jakie znamy dla mnie umarło na zawsze.
KRRiTV jawi mi się jako instytucja równa ministerstwu głupich kroków, tylko nie jest tak śmieszna, ale to temat na osobny artykuł.
Polecam: http://www.boxee.tv/.
CDN
PS – zapomniałem, są jeszcze RSS’y, wypożyczalnia filmów (tylko w stanach niestety), podczepianie pod fejsa i masa innych przerażających opcji.

Old School – Sendbajt

Znalazłem to w mailu z 2004. Urocze

Jest to opowieść o najbardziej chyba spektakularnej grupie
hackerskiej w historii Netu oraz najgenialniejszym hackerze wśród seniorów.
Pan Bogumił S., bo o nim mowa zaczął się co prawda interesować komputerami
dopiero w wieku 68 lat, lecz efekty jego zainteresowań przerosły jego
najśmielsze oczekiwania.

Ale zacznijmy od początku.
-Pamiętam jak dziś. To było w 1987 roku… byłem właśnie wtedy na poczcie po
swoją emeryturę (u pani Halinki z 3 okienka) kiedy po raz pierwszy
zobaczyłem komputer. Stał na biurku przykryty pokrowcem – wspomina pan
Bogumił.

Wtedy jeszcze nic nie wskazywało na to, że komputery staną się jego życiowym
hobby.
-W roku 1989 w bibliotece wojewódzkiej, gdzie często zaglądałem też były już
komputery… pamiętam, że po raz pierwszy (i ostatni) usiadłem wtedy przed
klawiaturą. Kompletnie nie wiedziałem co mam zrobić, więc najpierw
przeczytałem cztery razy to co było napisane na monitorze. Potem jakoś już
poszło… Tego samego dnia wypożyczyłem książkę o rosyjskich maszynach
cyfrowych, z której dowiedziałem się co to jest bit i bajt oraz kto to jest
Lenin.

Od tej pory zaczął się intensywny okres w życiu pana S. Całe dnie
spędzał w czytelni pochłaniając książki o komputerach, systemach
operacyjnych, sieciach komputerowych, ale nie tylko. W kręgu zainteresowań
pana Bogumiła znalazła się również telefonia i budowa modemów, co zresztą
zaowocowało w późniejszym czasie rewolucyjnymi metodami stosowanymi przez
grupę „Sendbajt”. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Na początku 1989 roku poznał pan S. niejakiego Mieczysława R., również
emeryta, który większość życia spędził na instalowaniu sieci telefonicznych
oraz pracy na Strowgerze. Mietek (jak o nim mawiał pan Bogumił) był wtedy
zgorzkniałym 64-letnim emerytem, dysponował jednak dużą wiedzą praktyczną i
dlatego właśnie pan Bogumił postanowił zawrzeć z nim spółkę w celu
wyciągnięcia od niego możliwie dużo wiedzy (być może już wtedy istniały w
głowie Bogumiła S. zarysy szatańskiego planu który później przyniósł sławę
jemu oraz grupie „Sendbajt”).

Kolejny rok pan Bogumił spędził razem z Mietkiem na dalszym
intensywnym szkoleniu w bibliotekach i nie tylko. Prenumerata „Bajtka”
otworzyła mu oczy na wiele zagadnień o komputerach o których dotąd nie
wiedział nic. Nieodzownym elementem życia stały się nocne rozmowy z Mietkiem
przy kubku kakao, w czasie których prowadzili ożywione dyskusje a to o
plikach, a to o systemach Dos, Unix a to o protokołach sieciowych lub
modemowych. Czasami w domu pana Bogumiła pojawiała się także pani Bożenka-
żona pana Mietka. Przygotowywała im kakao i przysłuchiwała się o czym
rozmawiają. Czasem też zadawała pytania, które jednak nie zawsze miały
sens…

Gdzieś tak w sierpniu 1990 pan Bogumił stworzył swój pierwszy
program – był to generator liczb losowych totolotka napisany w basicu
Commodore 64. Niestety program istniał tylko na kartce z notesu, a to z tego
prostego powodu, iż pana Bogumiła nie było stać nawet na najtańszy komputer
8 bitowy. Później przyszła nauka assemblera. Okazało się, że pan S. ma do
tego nadzwyczajny talent. Już po miesiącu nauczył się wszystkich rozkazów
procesora 8086. Po kolejnych 3 miesiącach żmudnej nauki miał opanowane
wszystkie przerwania i był w stanie pisać i debuggować programy w
assemblerze, i to jedynie za pomocą kilku kartek papieru kancelaryjnego i
ołówka z gumką. Kiedy pan Bogumił dowiedział się już dostatecznie dużo o
komputerach i systemach operacyjnych, przyszła pora na gruntowne studiowanie
sieci, zwłaszcza rozległych. W ciągu pół roku intensywnego wkuwania,
połączonego z ćwiczeniami praktycznymi, pan Bogumił zdobył tak wiele
informacji, że mógł np. zakodować dowolny tekst na ciąg znaków ASCII, po
czym zamienić to na ciąg zer i jedynek oraz podzielić na pakiety wyposażone
w sumę kontrolną, bity stopu parzystości i takie tam. Po wielu treningach
okazało się, że potrafi on z pamięci podać 1 kB pliku binarnego (ewentualnie
zaszyfrować go np. metodą xor w czasie rzeczywistym). Pan Mietek także nie
próżnował – na polecenie pana Bogumiła zbudował specjalny aparat
telefoniczny z dwoma mikrofonami oraz z trzema słuchawkami.

Mówi pan Bogumił:
– Tak pod koniec roku 1991 miałem już dużo wiadomości i wiedziałem dokładnie
czego chcę. Chciałem dostępu do niezliczonych zasobów wiedzy zgromadzonej na
wszystkich komputerach świata.
– Mówiąc to pan Bogumił wzrusza się bardzo, i widać, że silnie to przeżywa.
-Przełomem był styczeń 1992. Czytałem właśnie o najnowszych metodach
modulacji sygnału w paśmie telefonicznym, kiedy wpadł Mietek z nowym
„Bajtkiem”. Była tam opublikowana lista wszystkich BBS-ów w Polsce.
Postanowiliśmy sprawdzić te numery. Ponieważ ja nie mam telefonu, ubrałem
się ciepło i poszliśmy nie opodal do automatu. Wg „Bajtka” w naszym mieście
były 3 BBSy. Drżącymi rękoma wykręciłem numer pierwszego BBSu, i w chwili
gdy chciałem wrzucić żeton, Mietek powstrzymał mnie i sam energicznie
przywalił w aparat centralnie od frontu. Spojrzałem na niego ze zdziwieniem,
ale nie było czasu na wyjaśnienia, gdyż w tym momencie nastąpiło połączenie,
a ja w słuchawce usłyszałem dzikie piski o dużym natężeniu, wpadające wprost
do mego ucha. W pierwszym odruchu wypuściłem słuchawkę z ręki, ale zaraz się
opamiętałem i Mietek podał mi słuchawkę znowu. Tym razem byłem już
przygotowany i starałem się rozróżnić poszczególne dźwięki. W młodości byłem
między innymi muzykiem jazzowym, więc od razu wyłapałem częstotliwość nośna
na 1200 Hz. Słychać było regularne sekwencje pisków. Powtórzyło się to w
sumie sześć razy, i modem po drugiej stronie wyłączył się. Czasu nie było
dużo, ale już po tym pierwszym połączeniu zorientowałem się, że mam do
czynienia z jakimś modemem 2400, a także rozpoznałem rodzaj modulacji. Za
chwilę wykręciliśmy ten sam numer raz jeszcze i tym razem spróbowałem
nawiązać łączność. Gwizdanie do mikrofonu niewiele pomogło, więc wpadłem na
pomysł, żeby Mietek wymawiał „aaaaaaaa” na częstotliwości ok. 2400 Hz, a ja
w tym czasie wydawałem odpowiednie piski w celu przeprowadzenia handshake’u
oraz uzyskania połączenia z odległym komputerem, z prędkością przynajmniej
300 bps. Próbowaliśmy jakieś 4 razy zanim się to udało. Jednak po odebraniu
wiadomości wstępnych oraz zalogowaniu się do BBSa jako anonymous połączenie
zostało przerwane, ponieważ Mietek zaniósł się nagle straszliwym kaszlem.
Mnie zresztą też rozbolało gardło od wydawania pisków, oraz ręka od
notowania zer i jedynek. Pracę także utrudniał fakt, że musiałem
jednocześnie nadawać i deszyfrować dane. Należało zdecydowanie opuścić budkę
i udać się do domu w celu obmyślenia innej strategii, zwłaszcza, że wokoło
zebrał się tłumek młodych osób, przyglądających się nam dość dziwnie. No
cóż, to moje pierwsze połączenie z modemem było może niezbyt udane ale za to
wiele się nauczyłem.

Co robił pan Bogumił S. w następnych dniach? Otóż zdał on sobie
sprawę, że w pojedynkę z Mietkiem wiele nie zdziałają. Potrzebowali pomocy
fachowców. Na pierwszy ogień poszła pani Bożenka, która jako regularna
bywalczyni coniedzielnej mszy świętej, dysponowała odpowiednim głosem, z
którym pan S. wiązał duże nadzieje.
-Pani Bożenko, pani będzie pełniła w naszej grupie funkcję generatora fali
nośnej.
-Ło Jezu! A co to jest ? W imię ojca!
-Spokojnie pani Bożenko, to nic trudnego, niech no pani powie „aaaaaa”.
-Aa
-Ale tak długo „aaaaaa” i tutaj, do mikrofonu proszę.
-Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
-Dobrze. No widzi pani? Trudne? Nietrudne. Panie Mietku odczytał pan
częstotliwość na oscyloskopie?
-Niewiarygodne! Dokładnie 2400 Hz panie Bogumile!
-Fantastycznie! Jest pani najstarszym generatorem fali nośnych
telefonicznych na świecie.
-No wie pan?
-Żartowałem, he he.
-Panie Bogumile, a jak będzie się nazywała nasza grupa?
-Już to przemyślałem, proponuję „Sendbajt”. Może być?
-Eeeeee. Dobra.

W kolejnych dniach pan Bogumił pokazywał pani Bożence jak ma się
zachowywać generator fali nośnej, zwłaszcza w przypadku renegocjacji
połączenia oraz zakłóceń na linii. Pan Mietek przechodził intensywny kurs
HTMLa (oczywiście w wersji zerojedynkowej). Po tygodniu do grupy „Sendbajt”
dołączyła jeszcze pani Wanda – dobra znajoma pani Bożenki, która wg niej
śpiewała najgłośniej i najpiękniej w całym kościele.
-Bardzo dobrze! – ucieszył się pan Bogumił – pani będzie naszym nadajnikiem
oraz modulatorem!
-Ale nic nie wiem! Nie umiem! – płakała pani Wanda.
-Jak to nic ? Niech pani powie „pi pi pi pioooupipaupi- oiopppipipiapappe pi
pi”
-pi pi pi pioooupipaupi… jak było dalej ?
-…oiopppipipiapappe pi pi …jeszcze raz!
-pi pi pi pioooupipaupioiopppipipiappe pi pi …dobrze ?
-Opuściła pani jedno pa, ale korekcja błędów modemu odbiorczego powinna
sobie z tym poradzić. Poza tym doskonale.
-Panie Mietku!
-Słucham.
-Proszę przebudować nasz aparat tak, aby drugi mikrofon był połączony
szeregowo z pierwszym, poprzez układ, który pan zaprojektuje tak, aby sygnał
z drugiego mikrofonu modulował sygnał pierwszego fazowo, amplitudowo lub
częstotliwościowo, w zależności od położenia przełącznika P3. Druga
słuchawka ma mieć dodatkowy filtr srodkowoprzepustowy na 1200 Hz …zresztą
tu ma pan wstępny projekt.
-Jasna sprawa, tylko co z tymi krokodylkami, zostają jak są ?
-Tak, i niech pan skołuje jakieś 50 metrów czarnego kabla telefonicznego.
-To się da zrobić.

Następny tydzień upłynął na przygotowaniach. Pan Bogumił zarywał
noce, symulując na kartce małą sieć ethernet na sześć komputerów. Bawił się
kopiując pliki między stanowiskami lub uruchamiając programy na serwerze.
Zabawa ta kosztowała go co prawda dwie ryzy papieru do kserokopiarek, ale
jego wiedza o działaniu sieci wzrosła niepomiernie.

-Nasza pierwsza akcja? No cóż, to było w piwnicy naszego bloku. Około
godziny 23:00 zaopatrzeni w latarki, hackomat (jak nazwaliśmy nasz przyrząd)
oraz koszyk na ziemniaki i torbę na kompoty zeszliśmy do piwnicy. Mietek od
razu odszukał skrzynkę z napisem ‚TP’ i wyjął z torby pęk kluczy. Po chwili
nasz hackomat był na linii i mieliśmy dialtone. Wg planu najpierw wykręciłem
numer do naszego znajomego BBSu. Panie zajęły miejsca przy mikrofonach,
Mietek przyłożył swoja słuchawkę do ucha, ja swoja i przygotowałem papier i
kredki (ołówki mi się już wtedy skończyły). Pierwsza próba zalogowania nie
powiodła się, ponieważ pani Wanda z wrażenia krzyknęła do mikrofonu i zdalny
modem nas rozłączył. Jednak za drugim razem udało się doprowadzić do
połączenia, co prawda tylko 120 bps, ale jak na początek to chyba i tak
nieźle. Mietek szybko załapał o co chodzi, później już sam odbierał i
deszyfrował wiadomości. Dzięki temu ja mogłem się zająć przetwarzaniem
danych. Naprawdę byłoby z nami krucho, gdyby nie to, że Mietek pożyczył od
swojego syna kalkulator. To był taki prosty kalkulator, ale miał co trzeba,
tzn. dodawanie i mnożenie. Kiedy już się zalogowałem do systemu pierwszą
rzeczą jaką zrobiłem było przejęcie praw menadżera BBSu wg mojej metody
obmyślonej z pół roku wcześniej. Nie spodziewałem się że pójdzie aż tak
łatwo. Niestety po 15 minutach połączenia pani Bożenka nie wytrzymała i
powiedziała, że nie może dłużej krzyczeć „aaaa”, że ona też chce być
procesorem i inne takie bzdury… Przez nią zerwaliśmy takie świetnie
zapowiadające się haczenie. Ale nic to. Zdążyłem i tak skasować większość
plików systemowych. Kiedy Mietek doprowadził swoją żonę do porządku i
mogliśmy już kontynuować postanowiliśmy spróbować czegoś innego.
Połączyliśmy się z serwerem dosyć dużej firmy L*** z naszego miasta. Okazało
się, że mają aktywne konto guest. Nic prostszego. Po wejściu do systemu w
ciągu 5 minut zdobyłem uprawnienia roota i ku mojej nieopisanej radości
okazało się, że serwer ma łącze z inernetem. Niedowierzając sprawdziłem całą
kartkę obliczeń, czy nie pomyliłem się czasem przy dodawaniu liczb ujemnych
w systemie ósemkowym, bo z tym miałem zawsze trochę kłopotu. No ale wszystko
się potwierdziło. Zakryłem mikrofon ręką i krzyknąłem do Mietka: Udało się!
Jesteśmy w Internecie! Niestety nasze panie wytwarzały taki zgiełk, że
prawdopodobnie mnie i tak nie usłyszał. Ale ja już byłem tam gdzie chciałem
być zawsze. Pierwsze co zrobiłem to połączyłem się z serwerem firmy Seagate
Technologies (znałem dobrze ich system operacyjny z jednej książki) i
włamałem się na stronę WWW. Nie tracąc czasu, przekazałem pałeczkę naszemu
specowi od HTMLa , czyli panu Mietkowi, sam zaś zająłem jego miejsce. Tak
jak się umówiliśmy wcześniej, Mietek dokonał zmian bezpośrednio w kodzie
HTML przy pomocy edytora dysku na serwerze. Teraz trudne zadanie czekało
panią Wandę. Musiała nadawać przez 20 minut tekst naszego manifestu…

Kolejne miesiące płynęły grupie „Sendbajt” szybko. Po pierwszych
sukcesach na stronach WWW próbowali włamywania na amerykańskie serwery
wojskowe i rządowe, co było od zawsze skrytym marzeniem Bogumiła S.
Niestety, pomimo poprawienia (na skutek zaprawy członków „Sendbajt”)
parametrów transmisji (dochodziła ona do 1200 bps ) nie dało się w dalszym
ciągu ściągać większych plików binarnych. Rekordem grupy był download kodu
źródłowego do Internet Explorera v2.0 (po włamaniu na serwer firmy
Microsoft). Poprawiło to nawigację w sieci www, gdyż pan Mietek nauczył się
tego kodu na pamięć i robił po prostu za przeglądarkę (jeśli zachodziła
potrzeba, to szkicował na kartce jpgi i gify, żeby każdy mógł podziwiać
szatę graficzną danej strony). Tymczasem pan Bogumił zaliczał coraz to nowe
miejsca www, haczył i ewentualnie niszczył serwery internetowe jeden za
drugim. Jednym słowem grupa rozwijała się i z dnia na dzień stawała się w
Sieci coraz bardziej popularna.

Na wszystkich administratorów padł blady strach. Większość z nich
zaczęła do wymiany informacji używać tradycyjnej poczty snail-mail, do tego
stopnia byli sterroryzowani przez członków grupy „Sendbajt”. Oczywiście
przez cały ten czas grupa korzystała z różnych numerów telefonów, początkowo
sąsiadów z bloku, ale później pan Mietek wynalazł świetne miejsce koło
przedszkola, dwie ulice dalej. Chodzili tam więc nocami, wpinali hackomat i
siadali w krzakach, z daleka od ludzi. Pewnie spodziewacie się, że w końcu
policja nakryła grupę „Sendbajt” i zirytowani admini ukamienowali za miastem
jej członków , względnie Bogumił S. wylądował w więzieniu jak przystało na
hackera-legendę? Otóż nie.

Działalność grupy trwałaby zapewne po dziś dzień, gdyby pan Bogumił
nie odkrył nowej pasji życiowej – mianowicie wędkarstwa. Niestety, bez pana
Bogumiła grupa „Sendbajt” szybko się rozpadła. Spotykają się jednak czasem w
piwnicy jak za starych czasów i przesiadują na IRCu lub pan Bogumił ściąga
sobie stronki o wędkarstwie… Poza tym są szczęśliwi. Admini też, że cała
sprawa przycichła. Nadal wydaje im się, że ich systemy są dobrze
zabezpieczone i mogą spać spokojnie.
Niech śpią…

Pokolenie z inaczej rozwiniętymi mózgami.

To tytuł artykułu z GW,
Polecam lekturę, szczególnie bieżącym, bądź przyszłym rodzicom. Tutaj znajdziecie jeszcze nieco bardziej rozbudowany orginał, z którego GW robiła przedruk.
Najciekawsza myśl:”Mózgi młodych ludzi korzystających z komputera czy komórki inaczej się rozwijają, bo są nagradzane nie za skupienie na jakimś zadaniu, tylko za przerzucenie się z jednego na drugie…”
Mam cichą nadzieje, że dzięki takiej zmianie ewolucyjnej nowe pokolenie będzie po prostu lepiej przystosowane do nadchodzącej rzeczywistości, a nie upośledzone – w końcu ktoś musi ten kontent w necie generować, i nie chodzi tylko o kolejne wrzuty na YT z coca-colą i 2girls 1 cup….

Face***k

Zazwyczaj ignoruje kretyńskie doniesienia prasy, ale to jest wyjątkowo nienormalne:
http://www.pb.pl/4/a/2010/11/25/Slowo_face_bedzie_zastrzezone
Powoli zaczynam rozumieć, dlaczego „starzy” ludzie mawiają: „za komuny było lepiej..” :-)

Sabotaż, bozia i plamy na słońcu.

Piątek 24 września nie był najlepszy. Rano klient z płaczem dzwoni o interwencje, nic nie działa, siedziba na lotnisku, dostać się bez przepustki może tylko jedna osoba, która rano ma lekarza… Marcin stanął na wysokości zadania i choć obstawiałem totalny pad za starego serwera (DC i file serwer), którego klient jakoś nie kwapi się zmienić, skończyło się na „zgubieniu ustawień IP po restarcie”.
Nie zdążyłem ogarnąć się po telefonach, gdy okazuje się że nie działają dwa z pięciu serwerów, hostujących maszyny wirtualne. To dość dziwne, bo oba siedzą w serwerowni , oba markowe, wygrzane, i nigdy przez ostatnie pięć lat żaden się nie wyłączył. Uwierzyłbym w awarie jednego, ale nie dwóch naraz, w odstępach 20 minutowych jak donosił nagios. Cały dowcip polega na tym, że nasz super wypasiony, redundantny system mail relayów dla klientów z exchangami opiera się o dwie różne maszyny wirtualne, na różnych wersjach Vmware, w oddzielnych adresacjach, jedna na pierwszym serwerze, który padł, druga na drugim…. To urocza sytuacja, określana jako pożar w burdelu, gdzie cała poczta zewnętrzna klientów stoi, a konkretnie nie wychodzi, a przychodzące maile idą w kosmos, odbijane do klientów klientów… To, że nie działał jakiś dedykowany ftp i system finansowy kolejnego klienta było pomijalne.

Wizyta w serwerowni, choć nie łatwa pokazała na szczęście że wystarczyło wzmiankowane serwery podnieść. Niestety, cztery „U” pod nimi, główny serwer poczty i WWW dla kolejnych kilkudziesięciu klientów radośnie mrugał czerwonymi lampkami na dwóch z ośmiu dysków. Szczęśliwie jeden z nich należał do RAIDa pierwszego partycji systemowej, a drugi do RAIDa szóstego partycji danych, teoretycznie mógł popsuć się jeszcze jeden… Oczywiście w zapasie czekał jeden dysk do wymiany, no nic, dawno już nie kupowało się sprzętu na WGE… daliśmy im zarobić na 3 terowych dyskach – teraz będziemy cwani i w zapasie będą leżały dwa, a następnym razem kupując serwer, kupimy 8 różnych dysków od różnych dostawców, w różnych odstępach czasu.
Niestety odbudowywanie macierzy odbyło się bez problemów…

Śledztwo trwa, na razie wiadomo co lub kto wykonało na dwóch wyłączonych serwerach sygnał „halt”, dlaczego nie działał skrypt monitorujący dyski w serwerze poczty, oraz w jakich odstępach czasu poleciały, choć musiał to być ostatni tydzień.
Wnioski są takie same jak zwykle:
• nie znasz dnia ani godziny
• backup backupu to niezły pomysł, choć prawie nikt go nie realizuje
• nowy sprzęt jest gówno wart, a dyski w szczególności
Pytanie natomiast jest zaskakujące: Czy to sabotaż wrogiej korporacji, czy dar od bozi? Gdyby nie te wyłączone serwery, to o uszkodzonych dyskach w głównym serwerze dowiedzielibyśmy się, gdyby poleciał trzeci z RAIDa szóstego… Backup danych jest, ale komórki spaliłyby się od nieodebranych połączeń….

Mistrzowie kodu

Fragment pliku konfiguracyjnego oprogramowania Symfonia firmy Sage, dawniej Matrix. Podobno znane od dawna..

[_WR_FORMAT_AM_2]
;kolejne sekcje maja w prefiksie n, bo nie jestesmy w stanie wykrywac,
;ktora zmienna sekcji DOK jest ostatnia i trzeba dac n – najwyzej beda puste linie
SEKCJA_PREFIX=n”
SEKCJA_SUFFIX=”
WARTOSC_L_PREFIX=;
WARTOSC_T_PREFIX=;”
WARTOSC_T_SUFFIX=”
POLE_PREFIX=BEZ_NAZWY_POLA
SEKCJA_KONIEC=n
DOMYSLNA=1