Skip to Content

IT nieuczesane.

Wpadła gruszka do fartuszka, a za gruszką…

10/30/07

Normalnie powinny wpaść dwa jabłuszka, albo chociaż jedno. Niestety, w tym wypadku to nie śliweczka niedojrzała, tylko właśnie jabłuszko, a nawet cały SAD jabłuszek.
Firma o tak uroczej nazwie, to wyłączny przedstawiciel APPLE w Polsce. Gdyby Steve Jobs wiedział jakim przedstawicielem jest wspomniana firma, wstrzymałby premierę iPhona, przyjechał do Warszawy na ul. Mangalia i zrobił chłopakom jesień średniowiecza. (Przynajmniej chciałbym w to wierzyć).
Nieprawdopodobne jest to, jak w kilkanaście lat po czasach, gdy w biznesie dużo zależało od cwaniactwa i krętactwa, oraz naciągania klienta istnieją firmy, dla których wciąż jest to wpisane w misje. Moje doświadczenia ze świadkiem Mac’owym to 6 lat zmagań. Nie zmagań z ideą systemu, makowcami czy innymi tymi durnymi rzeczami, które nie są istotne, ale własnie z firmą o działkowej nazwie.
Probolemu nie można zdefiniować bezpośrednio, czesto pojawiały się kłopoty z dostawami, z serwisem. Ale nikt nie dziala idealnie. W momencie gdy o Applu i iPodzie, wie szary zjadacz chleba, może warto coś zmienic?
Do tego pełnego jadu artykuliku popchnęły mnie ostatnio dwa, drobne, ale warte przytoczenia zdarzenia:
Znajomy, który katuje już chyba 3 ipoda, ma problem z modułem TuneFM. Gniazdo w nowym Ipodzie wyrobiło się tak, że przy lekkim poruszeniu TuneFM wypada i rozłacza transmisje, o co nie trudno podczas jazdy samochodem. Zestaw oddany do serwisu, po kilkunastu dniach wraca z informacją, że panowie nie wykryli usterki. U nich wszystko działa. Nie jest problemem, że serwis stara się walczyć z każdym klientem, który reklamuje ipoda, ale regularne zlewanie klienta, kodem UNS i jawne śmianie mu sie w twarz, to troche za dużo. Tym bardziej, że o kontakt z serwisem nie łatwo, bo ustawowe 2 tygodnie to marzenie, szczególnie jak „pan od ipodów” wyjedzie na wakacje.
Reasumując: dawno nie spoktałem firmy która tak ignorowała by klienta, nawet najdrobniejszego.
Druga akcja ma już zasięg korporacyjny. Kilka tygodni po premierze nowych iMaców (srebrnych) zamówiłem dwie sztuki. Sprzęty przyjechały, eleganckie, ładniutkie… wszystko oprócz klawiatur. Zamiast wylansowanych, cieniutkich aluminiowych klawiaturek, dostałem stare. Dostawca rozkłada ręce – takie dostaje od SAD’u, SAD twierdzi, że takie mu przysłali. I tu powstaje pytanie: kto przysłał? W jaki sposób zawartość opakowania nie zgadza sie ze ZDJĘCIAMI na nim? Jeśli jakimś cudem centrala pakuje klawiatury nie od kompletu (w co trudno uwierzyć), to może warto poinformować o tym klienta, albo, co zdarza się już coraz częściej dosłać mu właściwą klawiaturę, gdy będą dostępne. ALE po co dosyłać, jak można sprzedać za 187 zł netto. Tym bardziej, że nie jest to pierwszy przypadek gdy komputery z mojej ulubionej firmy nie zawsze posiadają klawiatury, choć klienci z zagranicy nie mają tego problemu…
O tym, że taniej jest polecieć do Anglii w weekend i kupić sobie iBooka już nie wspomnę.
Żal patrzeć na tak skandaliczne traktowanie klientów, marki i swojego wizerunku. Ale kiedyś już tak było „nie moje, to mnie nie obchodzi”, nie moja marka, nie mój wizerunek. 50 lat to wałkowaliśmy, niektórym zostało.